Strona glówna

Certyfikat z macierzyństwa

Spread the love
Dla kogo certyfikat?

Mówią, że certyfikatu z bycia rodzicem nikt nie daje. A właściwie dlaczego? 🙂

Ciekawa jestem jaką ocenę wystawiłyby mi moje córki… Czas na krótkie zweryfikowanie…

Moje macierzyństwo i wnioski na dziś?

Dzieciom trzeba pozwalać popełniać błędy, wówczas uczą się konsekwencji. Nie szczędzić czułości, uczyć się ich języka potrzeb, płaczu, grymasu, mimiki. A gdy już damy i rozpieścimy, zaspokajając najpierw potrzeby dotyku, bliskości i poczucia bezpieczeństwa, zaspokajać ciekawość iiii uczyć podstawowych praw i zachowań.

Nigdy nie bałam się o moje dzieci.

Nie miałam fobii, że coś im się stanie. Nie biegałam z chusteczką za nimi. Pozwalałam się pobrudzić w piaskownicy i bóg wie gdzie jeszcze. Rozpieszczałam je i nosiłam na rękach, pokazywałam kwiatki, obrazki. Gdy coś zrzuciły, to przez ciekawość, co będzie dalej – zdziwione że coś spada. Gdy zajmowałam się czymkolwiek,  mówiłam krótko co robię. Dzięki temu nauczyły się szybko nowych słów. Mówiłam normalnym językiem, bez zmiękczeń i tak zwanego „ciuciania”.

Krzątając się w kuchni dawałam produkty do powąchania, dotykania i eksperymentowania. Czasem kuchnia była pełna rozrzuconej mąki czy ciasta. Odkąd pamiętam wprowadzałam dziewczynki w porządki domowe, wałki z ciastem, klejenie i lepienie. Robiliśmy razem kartki, obrazki.

Nie jestem idealna! Gdy popełniałam błedy przepraszałam. Słyszałam czasem pytanie: „Ty się przed nimi poniżasz?”.

Dlaczego? Dzieci uczą się każdego słowa ale częściej postawy. Od kogo mają nauczyć się pokory, jeśli nie od rodziców?

Chwaliłam je niemalże za wszystko. Mówiłam zachwycona: „Jej, jak tu dorysujesz, jak jeszcze dopiszesz, poprawisz, to będzie cudo!!”I one zachwycone patrzyły.

Dzieci potrzebują rodziców świadomych a nie idealnych i niemalże świętych.

Inni mówią: „nie prawda”! Są dziedzicznie obciążone, chorują! Po części prawda. Dzieci są NOSICIELAMI!! Nie chorób, ale naszych emocji, pragnień niezrealizowanych, możliwości nieprzejawionych. To niemalże ty – niemalże, bo jednak ktoś indywidualny, wyjątkowy… Nie patrzysz na dziecko i nie mówisz: „Aaa, nie mogę nic zrobić, bo przyszło już z bagażem doświadczeń, bo babcia, dziadek..” Nie. Gdyby tak było, wychowanie, miłość rozmowa nie miałyby sensu.

Patrz na to dziecko, jak na kogoś czystego, by nie pobrudzić go własną histerią, ignorancją, traktowaniem jak niedorozwiniętego człowieczka, który przecież nie rozumie. W nim jest cząstka Ciebie. Masz szansę zająć się w tym dziecku Sobą. To wszystko, co w nim piękne rozwinąć. Gdy zacznie się okres uświadamiania, okres rozumienia u dziecka, pokazać, że to ty jesteś matka i kształtujesz je, nie ono ciebie. Pokazać najlepiej jak potrafisz, jak być mamą, tatą.

Z każdej cechy w dziecku pokażmy mu, jak wykorzystać ją do czynienia dobra, piękna, jak służyć ludziom. Nie bójmy się tego słowa – Służba. Pokażmy teatr, operę, muzeum, uwrażliwiajmy. I zadbajmy, aby każde z jego „ciał-obszarów” zostało „nakarmione” i zaspokojone

I najważniejsze: Bądźmy sobą!

To mój punkt widzenia i moje doświadczenia. Pamiętaj! Nie musisz się ze mną zgadzać :) Zapraszam zatem do dyskusji.

%d bloggers like this: